Z deszczu pod rynne??? sierpień 28, 2009
Posted by eremis in Niekompatybilność ze światem?!.Tags: marzenia, medycyna ratunkowa, miłość, o sobie, praca, rozmyślania, życie
1 comment so far
czyli wstęp do “psychoanalizy” na przykładzie własnym.
Siedzę na balkonie, wygrzewając skrzydła w blasku zachodzącego słońca. Czerpię energie z ciepła, by podładować znajdujące się na wyczerpaniu akumulatory. Usilnie staram się skupić, trochę z jagi, medytacji – nigdy nie byłam dobra w te klocki, ale zazwyczaj pomagało. Dziś nic z tego, szum aut w oddali porywa myśli, które znów pędzą. Siwy dym wypełnił moje płuca – palenie uspokaja – paradoks – psychika zapanowała nad ciałem, mimo szybszego bicia serca, mimo milionów pobudzonych receptorów, ja oddycham spokojniej, dłonie nie trzesą mi się wcale – bo palenie mnie uspokaja.
Dzisiejszy dzień mnie wykonczył, nie wiem czy nudą czy nadmiarem czasu na myślenie. Cokolwiek to było sprawiło, że teraz najchętniej zakopałabym się pod cienkim kocem, włączyła muzykę i pozwoliła sobie odpłynąć w stronę tej granicy pomiędzy jawą, a snem.
Na początku tego tygodnia usłyszałam, ze nie wiem kim jestem, dokąd zmierzam, czego od życia oczekuję. Podobno to kim jestem kreują ludzie, którymi się otaczam. Osobowości na tyle silne, ze biorą mnie za rękę i palcem pokazują drogę, którą mam wybrać…
Ile w tym prawdy, nie wiem – nie mi oceniać – zresztą jak miałabym ocenić siebie i to jeszcze obiektywnie? Wiem w jakim momencie życia jestem teraz. Coś powaliło się w drobny mak, ogólnie całe moje wyobrażenie mnie i otaczającego mnie wszechświata legło w gruzach. Pozostawiając siwy dym, który unosząc się długo odebrał mi wzrok.
Czuję jakbym straciła dużą część siebie – zdolność logicznego myślenia, racjonalne podejście do najdrobniejszych rzeczy, opanowanie, stanowczość. A z drugiej mam dziwne wrażenie, ze wreszcie dokopałam się do tej prawdziwszej mnie. Tej dziewczyny, która po trzeciej kłótni, piątym siniaku postanowiła bronić się przed bólem ze wszystkich sił. Wykreowała opanowaną, niemal nieczułą , wyjątkowo konsekwentną i dążącą we wszstkim co robi do perfekcji kobietę – mimo iż miała naście lat.
Pozwalam sobie na sceny zazdrości, pozwalam sobie czuć coś czego nie czułam nigdy. Pamietam jak W-i-a-r-a, odchodziła ode mnie z wyrzutem, że nigdy nie byłam o Nią zazdrosna. Wtedy tłumaczyłam to zaufaniem, teraz wiem, że po prostu spychałam to uczucie na drugi plan. Mówię o uczuciach i odczuciach, kiedyś potrafiłam tylko o nich pisać. Zresztą nie otwarcie, albo zapisywałam myśli na palonych później kartkach, albo ukrywałam siebie w potoku metafor i rymów, czasmi siedziałam i grałam a w nutach ukrywałam kawałki mnie. Dzisiaj zamyślam się, tracę humor, a zapytana co się ze mną dzieje, jestem w stanie odpowiedzieć albo przynajmniej staram się opisać i sformułować to co dzieje się w mojej głowie.
Boję się, ze to będzie bolało, że otworzę się na ludzi – albo chociaż na tą jedną osobę na tyle by stracić możliwość obrony, ukrycia się za “bezwyrazem” twarzy i spokojnym tonem. Jeżeli ktoś mnie zna łatwiej jest mu ranić, grać na najczulszych strunach… Z drugiej – dość mam już pęt, które sama sobie narzuciłam.
Spacerując nad morzem wczesną wiosną, zaczynając prace w Zarządzie powiedziałam, ze się zmienię – że muszę wyjść do ludzi, odnaleźć przy okazji siebie – nie sądziłam, ze stanie się to samospełniajacą przepowiednią.
Ciekawi mnie jak daleko to wszystko podąży – socjopata, pustelnik, osoba robiąca wszystko sama, niepotrafiąca współpracować z grupą, bo przecież jak zrobię ja – to wtedy i tylko wtedy bedzie dobrze. Dziś wrzucona w nowe role. Pracująca w zespole, pracująca z ludźmi – ucząca się od nich. Gdzieś w tym wszystkim niemoc bycia odpowiedzialnym za siebie, strach i ciezkie przerażenie, drżenie dłoni nie do opanowania i żołądek gdzieś w przełyku… Nowe studia, do poznania nowi ludzie.
—-
Bo dziś byłam przerażona. Tak samo jak każdego dnia wcześniej. Nie mój teren, nie moje podwórko. Mimo powtarzanych czynności, ciągle coś nowego, co moze wyskoczyć zza narożnika. Poczucie, ze nic nie umiem, niczego nie potrafię. I z jednej strony chęc by cały czas ktoś był przy mnie, patrzył mi na ręce, obserwował, poprawiał, gdy trzeba wydarł się czy zmieszał z błotem. Z drugiej wiem, ze wtedy drżą mi nie tylko ręce. Wiem że cała zaczynam trząść się w sobie, bać każdej pomyłki. Nienawidzę się mylić, czegoś nie wiedzieć, nie potrafić. Wiem, ze się męczę psychicznie ale z drugiej strony czerpię przyjemność z tego, zę mogę uczyć się teraz – w takich warunkach, na takich zasadach. Nie chce sobie nawet wyobrażać jak czułabym się gdybym stała tam w tym samym czasie ale z dyplomem w dłoni, bo przecież tytuł przed nazwiskiem nie doda mi doświadczenia i większej pewności, że to co robię jest poprawne.
——–
I tak mimo, iż nie potrafiłam pracować w grupie, z grupą pracowac będę. Znosić będę uszypliwe komentarze, kłótnie i szepty. Taki urok. Nie wszystko można robić samemu. Włoże w to bardzo dużo siły, by nauczyć się nie poddawać gdy coś nie wychodzi, odcinać gdy mijam się z kimś poglądami. ..
Mimo iż przekonwertowane w trakcie i skonfrontowane z rzeczywistością to wszystko do czego dąże jest spełnieniem moich marzeć. Nie lekarz pogotowia to ratownik, zobaczymy jak czas zmieni moje marzenia o psie i co z tego wyjdzie – w najgorszym przypadku kanapowy burek, który i tak będzie wspaniały – bo od dzieciaka chciałam mieć psa. Własna firma i pełne poczucie samodzielności i niezależności. Pociesza fakt, ze zazwyczaj osiągałam to czego chciałam – pytanie tylko jakim kosztem?!
Kryształowa kula i błąd w sztuce… czerwiec 26, 2009
Posted by eremis in Od tak po prostu.Tags: leki, medycyna ratunkowa, praca, rozmyślania, studia
2 comments
Pięć wyjątkowo pracowitych dni, utwierdziło mmnie w przekonaniu że praca ratownika, pracownika pogotowia ratunkowego nie jest moim powołaniem, a jeżeli jest powolaniem to wróży mi chujową przyszłość…
—-
Nie miałam pojęcia jak to się zacznie i skończy, zwlekłam się z łóżka o 7 i zatoczyłam swoje szanowne dupsko do bazy pogotowia. Z daleka witały mnie 4 postaci w czerwieni palące fajki na schodach. Minęłam je w ciszy, grzecznie zawiadomiłam dyspozytorkę po co i do kogo przyszłam. Czerwony mundur ciążył mi w plecaku. Bez owijania w bawełne – pokazał mi gdzie mam się przebrać, gdzie zostawić dokumenty i która karetka jest moja. Byłam ciężko zdziwiona że A. oficjalnie wyciągnęła dłoń, przedstawiła się pełnym imieniem i nazwiskiem, i tylo jednym zdaniem wyraziła swoje niezadowolenie z faktu że na “S-ce” ma pod opieką studenta. Co dziwnie nie przeszedł mi ten stan przez dobre pięć godzin. Dwa wyjazdy, dwie wizyty na SORze, bieganie z wiadrem i sprzątanie karetki przed kolejnym wyjazdem – od 8 do 11 przemoczyłam spodnie i koszulkę… Podobało mi się. Nawet nie było źle… Pilne wyzwanie, wypadek na zjeździe z obwodnicy na międzywojewódzką prowadzącą do Piernikowa – dwóch zmarłych na miejscu. Okazało się, że zgon był jeden – amputacja poniżej pasa. Przez najbliższe godziny była tylko walka – śmigłowiec poza zasięgiem, transport do miasta oddalonego o 50 km, by tam włóczyć się od szpitala, do szpitala z nadzieją, że ktoś zechce zaineresować się umierającą 13-letnią dziewczynką – booo kurwa TK tez można robić 2,5h – a dla niej była to walka o każdy oddech, od ciężkiej bradykardii po tachykardię sięgającą 140 … najdłuższe 5 godzin!Ale przynajmniej A. udało się wreszcie mnie poznać – wyzwała mnie od dzieciaka, wkurzyła się na obcięte włosy i z ciężkim zachwytem obserwowała jak zmieniłam się przez 3 lata kiedy to ostatni raz miała okazję świadczyć mi usługi transportując mnie na gwizdkach ze szkoły do szpitala po utracie przytomności i ataku drgawek… Śliczny pokaz co ból może zrobić z człowiekiem.
—-
Zmarła! Bo jaka inna radosna informacja mogła mnie przywitać kolejnego dnia w pracy?! Znów karetka specjalistyczna, tylko szanowny doktorek niemrawy – do tego nie pojedzie, do tego dupynie ruszy, tu ratownicy poradzą sobie sami… No i radzili sobie. Zwinęte w kłębek przespałam niemal cały dyżur na fotelu – bo przecież dyspozytorka nie wyśle nigdzie “S-ki” wiedząc że lekarz i tak zignoruje wezwanie. Drugi zespół pracował za dwa…
—-
Nooo i zaczęło się piekło – kolejne trzy dni w zespole paramedycznym – dwóch ratowników i ja. Ehh żeby tego było za mało tylko jeden z nich z doświadczeniem. W rezultecie dziewczyna świeżo po studiach, ja i ratownik z 3 letnim doświadczeniem – “złamane biodro”, uraz kręgosłupa, z dwa zawały, nóż w ramieniu i silny krwotok mimo malutkiej ranki, shizofrenik i latające lustra… Do tego kilku policjantów, jeden udar i kilku pijaków.
—-
I nie ma się czym ekscytować, baa zaczynam się nawet bać kiedy wchodze do zatęchłej izby, powojennego hotelowca gdzie przestrzeń 16 m2 służy na pokój, kuchnie i łazienkę, gdzie zyje samotna matka ze swym dwudziestokilkuletnim synem i jego partnerką, gdzie na ścianach resztki tynku kurczowo trzymają się jedynie przy podłodze ja nie robię nic, rzucam okiem – zakładam wkłucie, 2 tabl. K. by zbić to 260 do normlnego skurczowego, decyzja o transporcie… Nie wzrusza mnie, 140 kilowy pan X. błagający by nie wieźć go do szpitala bo tam budynek dalej na oddziale paliatywnym umiera jego żona. Saturacja dużo poniżej normy, na stare zwłóknienie płuc dołożyło się zapalenie – 17 lat tlenoterapii – nikt nie zaryzykuje. Myśląc o tym by nie rozwalic sobie kręgosłupów, bierzemy pana, przemierzamy 3 pietra i do karetki. Potem zostawiamy w szpitalu, pewnie na sali z okna której doskonale widać budynek paliatywu… Refleks też mam dobry, w zęby od psychola nie dostłam a szklanki przelatujece koło mojej głowy konczyły swój żywot z brzdękiem na podłodze – i co z tego?! Intubacja martwej już Y.- odbieranie resztek człowieczeństwa temu co z człowieka jeszcze pozostało. Wiedziała, że umrze – w ostatnich sekundach życia zasłoniła 13 letnią córkę. Zmarła przed naszym przybyciem, niemal przepołowiona przez metal i plastik. A. mimo 25 trzęsła się całą sobą. Wygląda jakby miała zaraz zacząc grać ma mandolinie – pomyślała moja głowa gdy ujrzałam drżące dłonie… Dopiero w nocy pomyślałam co się stało. Nic nie robi już na mnie wrażenia – nawet jazda 180 km starym fordem na zimowych oponach niemal bez bieżnika w środku lata.
Serce nadal bije swobodnie powoli swoim rytmem. To nie dla mnie! Chcę pozostac czlowiekiem tak długo jak tylko mogę a nie maszyną do wyznaczania dawek leków, zakładania wkłuć i natykania na plastikowe rurki…
Wyjebane! kwiecień 22, 2009
Posted by eremis in Niekompatybilność ze światem?!, Od tak po prostu.Tags: ciut absurdu, medycyna ratunkowa, studia, zmęczenie
2 comments
Zasnęłam na zajęciach, normalnie jakby w łóżku spać nie można było 3/4 nocy walałam się z boku na bok, a jak zasnęłam, to mnie własny krzyk obudził… To już trzecia noc z rzędu. Ponieważ leniłam się po obiadku teraz pełna energii ale pozbawiona zapału dokończyłam dzieła strasznego, czyli napisałam na prośbę Pani Rektor tekst, w którym to miałam opowiedzieć jak chujowo studiuje się u nas na Akademii
normalnie temat życia, ale że mi się nie chciało ograniczyłam się tylko do 3 stron i kilku uwag.
Z zarządzeniu Ministra Edukacji Narodowej i Sportu z dnia 12 lutego 2002 r. w sprawie ramowych planów nauczania w szkołach publicznych (Dz. U. Nr 15, poz. 142 z późn. zm.) wynika, że 2 100 godzin, jest to minimalny wymiar czasu, w którym można prawidłowo wykształcić pełny zestaw umiejętności właściwych dla zawodu ratownika medycznego.
W bieżącym roku akademickim zakres godzinowy zajęć dydaktycznych na poszczególnych latach wynosi:a. rok I studiów stacjonarnych – 1154 godz. w tym:
Kwalifikowana pierwsza pomoc – 60 godz.
Medycyna ratunkowa – 90 godz.
Medyczne czynności ratunkowe: techniki zabiegów – 60 godz.
b. rok II studiów stacjonarnych – 1134 godz. (z wliczonymi 20 godz. fakultetów) w tym:
Metodyka nauczania pierwszej pomocy – 45 godz.
Medycyna ratunkowa – 150 godz.
Medyczne czynności ratunkowe: techniki zabiegów – 60 godz.
c. rok III studiów stacjonarnych – 1142 godz. (z wliczonymi 20 godz. fakultetów) w tym:
Medycyna katastrof – 60 godz.
Medycyna ratunkowa – 140 godz.
Ratownictwo techniczne – 20 godz.
Ratownictwo wodne – 20 godz.
Ratownictwo wysokościowe – 20 godz.
Razem 3430 godz. W trzyletnim systemie kształcenia.
Dlaczego zatem dysponując 163% czasu, wyprzedając o 63% szkoły pomaturalne nadal nasi absolwenci są pracownikami niżej cenionymi, mają problemy z przyjęciem do pracy czy chociażby odbyciem praktyk zawodowych?
Brak nam praktycznych umiejętności!!!
Prosimy zatem o rozważenie możliwości reorganizacji sposobu nauczania medycyny ratunkowej, by była ona przedmiotem stricte praktycznym z zajęciami seminaryjno-wykładowymi ograniczonymi do wymaganego minimum, ponieważ treści i tak powielane są z bloków takich jak np. choroby wewnętrzne czy kardiologia.
Teraz najchętniej zrobiłabym NIC! ale coś jest nie tak, bo Lennox na słuchawkach i nic, zero zachwytu muzyką – buuuu zepsułam się, albo nieee znam ta piosenkę na pamięć – każdą nutę niemal.
Poza tym – wszsytko zaczyna się układać – i nie, nie chciałam tego napisać, bo zawsze jak pojawi się coś takiego to potem się psuje. To tak jak poniedziałkowe powiedzenie O. że ja nie miewam gorączki i wtorkowo-dzisiejsza gorączka.
Złozyłam papiery do Wojewody, na jutro przygotują umowę – do stycznia 2010 pracuje na oddziale, czekam tylko na to by się podpisać na papierku. Tym bardziej śmieszy mnie to, co poszło do Prorektor – spisałam to co leżało na wątrobie [nie kurwa, nie pisałam przez 3 strony PRZEPONA] czterem rocznikom studentów po czym doszłam do wniosku – “Wyjebane! Uparłam się i już sobie coś udowodniłam, a jak się postaram to…” I tak dalej, bo chyba przeszło mi to, że bycie lekarzem jest takie zajebiste. Wole być dobrym ratownikiem, niż kiepskim doktorem.
Aaaa w słuchawkach “Where is my mind” a mi się pysk śmieje od ucha do ucha… Więc korzystając z pustego domu Wheeeereeee isssss myyyy minddddddd!!!!!!!!!!!!!
dobry humor mógłby już sobie pójść. Skoro jestem już męczona do tego stopnia, że używanie telefonu komórkowego mnie przerasta to jakby do tego dodać kiepski humor wreszcie byłabym jak ja
a co telefonu.
1. dzwoniąc do Mamy, a przynajmniej próbując – zadzwoniłam do M.Z. pewnej szychy i sponsora Medykaliów 2009
2. Wyslałam esa o jedną Olę za daleko – boo kurwa w przypadku 1. i 2. użycie listy kontaktów jest zbyt trudne.
Poza tym klawisze mi nie działają więc jak się bardziej zastanowię to wszystko wina klawisza funkcyjnego, który robi sam co chce… Tworzę liste kontaktów zablokowanych – znajdzie się tam numer Rektora, Dziekana, dziekanatu, Opiekuna roku i innych ważniejszych noooo i kilka kobiet też na ta liste wrzuce, noo i z mężczyzn z 5
Koniec luty 15, 2009
Posted by eremis in AMG news, Gdańsk life, Niekompatybilność ze światem?!.Tags: depresja, medycyna ratunkowa, o sobie, rozmyślania, studia, zmęczenie
add a comment
Wreszcie! Mam już dość jestem wyprana i brak mi sił na cokolwiek.
Wróce tam jeszcze jutro spotkać się z ortopedą, jak dobrze pójdzie, który wypowie się w sprawie mojego kręgosłupa oraz pogadać z oddziałową w sprawie pisemnych opinii na nasz temat… Po tygodniu ciężkiej pracy zazwyczaj 12-14h/dobę połączonej z 40 minutowymi dojazdami do szpitala, odżywieniem się tylko i wyłącznie kanapkami stwierdzam, ze służba zdrowia zdecydowanie jest instytucją z którą zawodowo ze względu na pasje chce się złączyć ale kurwa bez przesady… System 24h w pracy 48h przerwy bardziej mi odpowiada pozycja lekarza również…
Poza tym połamałam się jak krucha gałązka w rękach małego urwisa. Psychika nie wytrzymała przy tym natłoku i zmęczeniu fizycznym. Liche fundamenty, które jakoś od października się trzymały teraz upadły. Posypana, w kawałeczkach poprosiłam o coś – cóż nie można mieć wszystkiego.
Nie chce czekać. Mam dość. Ahhh a kiedyś nie byłam depresyjnym charakterem…
Euforia… luty 14, 2009
Posted by eremis in AMG news, Gdańsk life.Tags: depresja, kultura, medycyna ratunkowa, o sobie, rozmyślania, studia, zmęczenie
add a comment
mija i jedyne na co masz ochotę to rzygać – parafraza wypowiedzi kolegi M.J. doskonale opisuje wydarzenia dnia dzisiejszego… Problem w tym jedynie taki, iż euforii nie było i nie będzie. Ciężko było mnie zadziwić, zainteresować czy zaszokować, więc i teraz tak było. Dzień spod znaku sali internistycznej, tej pod którą – jako jedyną – zawsze do późnych godzin i bez przerwy stoją pacjenci, a najcześciej tłoczą się tworząc jednolitą czarną mase. Dziś spokojnie, brak kart układanych na stosie, spokojna niemal przychodniana kolejeczka, niemal żadnych przestojów. Niby można mówić, że nudy ale mi to odpowiada – chęc sensacji, sikającej krwi i dramatycznych scen śmierci zostawiłam chyba gdzieś w okolicach końcówki gimnazjum, czyli z jakieś 5 lat za sobą… Ale był to również dzień, w którym popatrzeć można więcej pogadać, posocjalizowac się i co wychodzi na jaw? To, że każdy z niemal 20 osobowej ekipy ma _coś_ do nas. I nie łaska powiedzieć tego w oczy, tylko za plecami słyszy się historie i historyjki – nota bene po 4 dniach na oddziale to w chuj, kurwa duzo o nas wiedzą… Okazuje się, ze oceniani jestesmy przez nich [z polecenia oddziałowej] nie pod kontem umiejętności i ewentualnej przydatności do przyszłej pracy własnie w tym zespole, na tym konkretnym oddziale ale przede wszstkim jako zagrożenie czy KONKURENCJA. Nie rozumiem i chyba nie chce mam jeszcze przed sobą 1,5 roku nauki i obronę dyplomu, która nie musi mi się powieść, co w życiu za owe 18 miesięcy będę robić zadecyduje los i humor jakiejś może tam komisji rekrutacyjnej, jakiejś tam uczelni… Jendym słowem Zen Kurwa nie wytrzymało i poszło się jebać.
Od pretensji za gówna najmniejsze, po wypowiedzi ochraniacza [wspominany wczesniej gatunek 60 letniego pana z 2 gr. inwalidzką robiącego za ochronę] wydawanych za moimi plecami – swoją drogą to ja kurwa głucha jestem? – oraz opinie przeróżne i zjeby odbierane za lekarzy…
Mam dość całą przyjemność pracy odbietają człowiekowi ukłay i układziki, szepty i podszepty, kopanie i – reszte można dopisac samemu… I w dupie mam to że zdiagnozowaliśmy na dyżurze 3 zawały STEMI i przytomnych pacjentów do dobrym stanie odesłaliśmy na AMG, nic to, że znaleziona została niemal bezobjawowa zatorowość płucna [kurna ani pół duszności, nic!!!!!] Cała radość poszła w piz du i o kant dupy roztrzaskać…
I siedziałam w pustej sali a obok Mateusze i AnA a łzy ciekły same, łkałam jak małe dziecko, niemogąc złapać oddechu spijałam gorzkie łzy – zdarza się najtwardszej puściły nerwy. Wytrzymałam jeszcze kilka godzin. Wsiadłam do tramwaju, w ręku trzymając róże która mimo, iż zmęczona zwiesiła już głowkę urzeka barwą płatków. Zapatszona w odcienie karminy, bordo mieniące się w wieczornym półmroku miasta, minęłam kolejny zakręt i znów po policzkach pociekły łzy… Klatka piersiowa mi nie zadrżała, oddech nie zmienił tępa, serce biło niemal leniwie, a łzy ciekły same tworząc smugi, które bolesnymi ukłuciami przypominały o nadmorskim mrozie. Nie chciałam plakać a mimo to nie mogłam powstrzymać tego. Bo to nie był płacz…
Znów upadło coś roztrzaskało się w pył i tak naprawde podtekst jest większy niż odległośc stąd do Kalkuty – trzeba będzie się pozbierać, znów odbudowywać wiarę i karmić się tym, czego już prawie nie ma.
Mam dość jestem na skraju wytrzymałości – stanie prosto z podniesioną głową jeszcze nigdy tak nie bolało. Wśród śmiechu i dobrej zabawy, nauki i praktyki znów coś co z życia chciałoby się wyrzucić, obłuda, fałsz i… życie kurwa życie a nie jebany Zen…
Boli mnie kazdy mięsień – a sąsiedzi jeszcze sobie imprezują – i to kurwa na korytarzu. czekam na wodę, biorę kąpiel i jakby co dzwonię po policję, mam dość i już nie obchodzi mnie nic!
