Kryształowa kula i błąd w sztuce… czerwiec 26, 2009
Posted by eremis in Od tak po prostu.Tags: leki, medycyna ratunkowa, praca, rozmyślania, studia
trackback
Pięć wyjątkowo pracowitych dni, utwierdziło mmnie w przekonaniu że praca ratownika, pracownika pogotowia ratunkowego nie jest moim powołaniem, a jeżeli jest powolaniem to wróży mi chujową przyszłość…
—-
Nie miałam pojęcia jak to się zacznie i skończy, zwlekłam się z łóżka o 7 i zatoczyłam swoje szanowne dupsko do bazy pogotowia. Z daleka witały mnie 4 postaci w czerwieni palące fajki na schodach. Minęłam je w ciszy, grzecznie zawiadomiłam dyspozytorkę po co i do kogo przyszłam. Czerwony mundur ciążył mi w plecaku. Bez owijania w bawełne – pokazał mi gdzie mam się przebrać, gdzie zostawić dokumenty i która karetka jest moja. Byłam ciężko zdziwiona że A. oficjalnie wyciągnęła dłoń, przedstawiła się pełnym imieniem i nazwiskiem, i tylo jednym zdaniem wyraziła swoje niezadowolenie z faktu że na “S-ce” ma pod opieką studenta. Co dziwnie nie przeszedł mi ten stan przez dobre pięć godzin. Dwa wyjazdy, dwie wizyty na SORze, bieganie z wiadrem i sprzątanie karetki przed kolejnym wyjazdem – od 8 do 11 przemoczyłam spodnie i koszulkę… Podobało mi się. Nawet nie było źle… Pilne wyzwanie, wypadek na zjeździe z obwodnicy na międzywojewódzką prowadzącą do Piernikowa – dwóch zmarłych na miejscu. Okazało się, że zgon był jeden – amputacja poniżej pasa. Przez najbliższe godziny była tylko walka – śmigłowiec poza zasięgiem, transport do miasta oddalonego o 50 km, by tam włóczyć się od szpitala, do szpitala z nadzieją, że ktoś zechce zaineresować się umierającą 13-letnią dziewczynką – booo kurwa TK tez można robić 2,5h – a dla niej była to walka o każdy oddech, od ciężkiej bradykardii po tachykardię sięgającą 140 … najdłuższe 5 godzin!Ale przynajmniej A. udało się wreszcie mnie poznać – wyzwała mnie od dzieciaka, wkurzyła się na obcięte włosy i z ciężkim zachwytem obserwowała jak zmieniłam się przez 3 lata kiedy to ostatni raz miała okazję świadczyć mi usługi transportując mnie na gwizdkach ze szkoły do szpitala po utracie przytomności i ataku drgawek… Śliczny pokaz co ból może zrobić z człowiekiem.
—-
Zmarła! Bo jaka inna radosna informacja mogła mnie przywitać kolejnego dnia w pracy?! Znów karetka specjalistyczna, tylko szanowny doktorek niemrawy – do tego nie pojedzie, do tego dupynie ruszy, tu ratownicy poradzą sobie sami… No i radzili sobie. Zwinęte w kłębek przespałam niemal cały dyżur na fotelu – bo przecież dyspozytorka nie wyśle nigdzie “S-ki” wiedząc że lekarz i tak zignoruje wezwanie. Drugi zespół pracował za dwa…
—-
Nooo i zaczęło się piekło – kolejne trzy dni w zespole paramedycznym – dwóch ratowników i ja. Ehh żeby tego było za mało tylko jeden z nich z doświadczeniem. W rezultecie dziewczyna świeżo po studiach, ja i ratownik z 3 letnim doświadczeniem – “złamane biodro”, uraz kręgosłupa, z dwa zawały, nóż w ramieniu i silny krwotok mimo malutkiej ranki, shizofrenik i latające lustra… Do tego kilku policjantów, jeden udar i kilku pijaków.
—-
I nie ma się czym ekscytować, baa zaczynam się nawet bać kiedy wchodze do zatęchłej izby, powojennego hotelowca gdzie przestrzeń 16 m2 służy na pokój, kuchnie i łazienkę, gdzie zyje samotna matka ze swym dwudziestokilkuletnim synem i jego partnerką, gdzie na ścianach resztki tynku kurczowo trzymają się jedynie przy podłodze ja nie robię nic, rzucam okiem – zakładam wkłucie, 2 tabl. K. by zbić to 260 do normlnego skurczowego, decyzja o transporcie… Nie wzrusza mnie, 140 kilowy pan X. błagający by nie wieźć go do szpitala bo tam budynek dalej na oddziale paliatywnym umiera jego żona. Saturacja dużo poniżej normy, na stare zwłóknienie płuc dołożyło się zapalenie – 17 lat tlenoterapii – nikt nie zaryzykuje. Myśląc o tym by nie rozwalic sobie kręgosłupów, bierzemy pana, przemierzamy 3 pietra i do karetki. Potem zostawiamy w szpitalu, pewnie na sali z okna której doskonale widać budynek paliatywu… Refleks też mam dobry, w zęby od psychola nie dostłam a szklanki przelatujece koło mojej głowy konczyły swój żywot z brzdękiem na podłodze – i co z tego?! Intubacja martwej już Y.- odbieranie resztek człowieczeństwa temu co z człowieka jeszcze pozostało. Wiedziała, że umrze – w ostatnich sekundach życia zasłoniła 13 letnią córkę. Zmarła przed naszym przybyciem, niemal przepołowiona przez metal i plastik. A. mimo 25 trzęsła się całą sobą. Wygląda jakby miała zaraz zacząc grać ma mandolinie – pomyślała moja głowa gdy ujrzałam drżące dłonie… Dopiero w nocy pomyślałam co się stało. Nic nie robi już na mnie wrażenia – nawet jazda 180 km starym fordem na zimowych oponach niemal bez bieżnika w środku lata.
Serce nadal bije swobodnie powoli swoim rytmem. To nie dla mnie! Chcę pozostac czlowiekiem tak długo jak tylko mogę a nie maszyną do wyznaczania dawek leków, zakładania wkłuć i natykania na plastikowe rurki…

dlatego nie jestem nauczycielką, choć wiem, że bym się sprawdziła. System zabija wszystko.
O Eru… nie mam słów. Ale podziwiam Cię, że w ogóle się po tym trzymasz…
Uściski!:*
Elbe