Sepia… czerwiec 14, 2009
Posted by eremis in Od tak po prostu.Tags: opowiadanie
trackback
Był niemal staroświeckim facetem, patrząc i oceniając go w realiach dzisiejszego świata, pozostawał gdzieś w tyle. Nie bawiły go modne koszule w hawajskich kolorach, szorty i markowe buty. Sztruksy, myszki z ekologicznej skóry i koszule, koszule – uwielbiał je, grubsze – nie zwykłe sztywne garniturowe, kochał te cieplejsze z miękkiego materiału posiadającego własną kratkowaną fakturę. Nigdy nie pozwolił, by Ona prasowała jego ubrania. Nie dlatego, że nie wierzył, że zrobi to należycie ale dlatego iż to był jego mały, wewnętrzny rytuał 0 coś co chciał by pozostało tylko jego… To czyniło go mało męskim, szczególnie dla Niej – odeszła po czterech latach wspólnego życia, podając za powód właśnie coś równie głupiego, albo i może głupszego. Zadawał sobie od tego czasu cały czas to samo pytanie – czy gdyby wcześniej wyciągnął pierścionek prababci z dna szuflady i poprosił Ją o rękę byliby teraz razem.
Staroświecki facet – obwiniający się niemal nieustannie i zadający sobie pytanie dlaczego. Zarzucający sobie, iż zmarnował Jej cztery lata – może te najpiękniejsze. Wokulski XXI wieku.
Odchodząc zostawiła niemal puste pieszkanie, przecież logiczne że nie wytrzyma w nim długo. Brak mu jednak odwagi, by zgłosić się do pośrednika i wystawić ICH kąt na sprzedaż, mimo to każdego wieczora urządzał sobie własną mękę – golgotę i wznosił kolejny krąg piekła…
Wyciągał spod łóżka to co mu po niej zostało – fotografie – sepia – lubił fotografować Jej twarz własnie w takim odcieniu, był ciepły a za razem tajemniczy, pozbawiony ultrawyrazistości techniki zapisu RAW.
Patrzył teraz jak uśmiecha się do niego spod wojskowej czapki czołgisty, furażerki, sowieckiej uszatki – taką ją poznał – głupi profil na portalu randkowym. Potem kolejny raz poznawał Jej budowę starannie przyglądając się jej postaci siedzącej w roboczym ubraniu na środku chyba kuchni. Dookoła plamy farby, Jej spodnie, skóra twarzy wszystko w plamach – pamiętał, że były niebieskiego koloru, widział tą kuchnie siedział kiedyś tam popijając z Nią gorącą herbatę. Zapatrzył się na nocne zdjęcie – jezioro – przypomniał sobie. Rozpoznawał te osoby, Jej najlepsza przyjaciółka – obie leżące na piasku oświetlał tylko księżyc – opowiadała mu o tej szalonej wyprawie i ich “wojnie w piasku”.
Gdzieś spod spodu wyciągnął rozmazany portret. Zasłaniała ręką pół twarzy, ale nie nie chciała jej ukryć – naturalna poza – ktoś zrobił je z zaskoczenia. Stawiał na Jej brata. Oglądał jedno zdjecie za drugim patrząc na przyjaciół, rozpoznając miejsca. Przypominał sobie daty i związane z nimi wydarzenia. Kochał patrzeć na Jej oczy, usta, zarys nosa. Kochał to jak patrzy na ludzi. Znalazł też zdjęcie, którego nie poznawał – Ona wstydliwie skulona na starej kanapie, podtrzymująca rękami kolana – takiej Jej nie znał, chyba nie chciał poznać, bo szybko sięgnął po nastepne… To było z gazety, fragment z Głosu opisujący jej triumf na międzynarodowym konkursie. Był z Niej wtedy dymny – mimo, iż poznali się rok później…
[chciałabym pisać wiecej opowiadań!]
Myślałam, że opisujesz kogoś znajomego^^
Niestety nie – wymyślam
Ale wydaje mi się, że sporo takich ludzi jest na świecie i każdy znajdzie w tym tekście cząstkę siebie, choćby bardzo małą…
Nie wiem^^ Nie spotkałam takiego faceta, chyba, że liczyć Riley’a z Buffy – postrachu wampirów